czwartek, 7 lutego 2019

Episode4.


SIREN

Więź.
1. rzeczownik policzalny
więź między ludźmi, silne uczucie przyjaźni, miłości lub wspólnych wierzeń i doświadczeń, które je jednoczą.
2. czasownik
kiedy ludzie wiążą się ze sobą nawzajem, tworzą związek oparty na miłości lub wspólnych przekonaniach i doświadczeniach;
kiedy jedna rzecz łączy się z drugą, przylega do niej lub w jakiś sposób się z nią łączy. 
3. policzalny rzeczownik
więź między ludźmi lub grupami jest ścisłym powiązaniem, które mają ze sobą, na przykład dlatego, że mają specjalne porozumienie.
4. rzeczownik liczby mnogiej
uczucia, obowiązki lub zwyczaje, które zmuszają cię do zachowania w określony sposób.

Źródło - Collindictionary

Nie zdecydowałam się jeszcze na odpowiednią sukienkę. Ostatnio często mam z tym problem.
Nie potrafię podejmować decyzji w biegu i zazwyczaj myślenie nad odpowiednim doborem garderoby zajmuje mi sporo czasu.
Z moją siostrą jest zupełnie inaczej. Zazdroszczę jej tej umiejętności.
I kiedy wchodzi do mojego pokoju, rzuca się na łóżko i patrzy na mnie znudzonym wzrokiem, już wiem, że ma ten wybór za sobą.
-Jak ty to robisz? - zerkam na nią zwątpiona.
-Nie wiem. - wzdycha. - Po prostu to robię. To tylko głupia sukienka.
-Wiem. - podzielam jej zdanie.
-Czasami tak sobie myślę o naszych „problemach” - pokazuje cudzysłów palcami. - I wydają się one karygodnie żenujące w porównaniu do problemów, z którymi zmaga się większość ludzi na świecie. 
Mówiąc „nasze” problemy, ma na myśli moje. Wiem jednak, że nie chce mi zrobić przykrości więc mówi o tym w liczbie mnogiej. Jakbyśmy były jedną osobą.
I czasem wydaję mi się, że faktycznie nią jesteśmy.
A może byłyśmy kiedyś.
Jeszcze cztery lata temu też miałabym gdzieś to, co założę na imprezę.
Szczerze powiedziawszy byłaby to ostatnia rzecz, nad którą bym się zastanawiała.
Byłam taka jak Luna.
Nie zwracałam uwagi na błahe, kompletnie nie warte zachodu sprawy.
I było mi z tym dobrze.
Nie wiem co się zmieniło w moim życiu, że nagle zaczęło być inaczej.
Jakbym przeistoczyła swoją osobowość
Podziwiam jednak moją siostrę, że nie zmieniła swojej postawy i wciąż pozostaje taka sama. Zawsze troskliwa, pomocna, współczująca i po prostu nieludzko dobra.
-To prawda. - siadam obok niej na łóżku. Jej głowa usadawia się na moich kolanach. Zaczynam ją po niej smyrać, bo wiem, że to uwielbia.
Pomimo, że czasami mamy swoje momenty grozy, w których najchętniej wskoczyłybyśmy sobie do gardeł to jednak częściej staramy się trzymać przysłowiową sztamę.
Moja siostra jest moją najlepszą przyjaciółką i nigdy tego nie ukrywałam ani w to nie wątpiłam.
Jestem jednak świadoma, że jeśli wiedziałaby o kilku incydentach, w których brałam udział, to niestety ona mogłaby zwątpić w moją autentyczność dotyczącą i szczerości i lojalności wobec niej.
-Uwielbiam to… - odzywa się nostalgicznym tonem. Zgaduję, że zamknęła oczy i chętnie przeniosłaby się do krainy Morfeusza.
-Wiem. - chichoczę. -Wykorzystujesz mnie w ten sposób od czwartego roku życia.
-Cóż mogę powiedzieć? Jesteś moim giermkiem.
-A ty królową? - prycham.
-Tak jakby? - zerka na mnie jednym okiem, po czym wybucha śmiechem. 
Mija dłuższa chwila ciszy, zanim się odzywam.
-Za półtorej godziny muszę być u Portii.
Odwraca głowę i patrzy prosto na mnie.
-Wsparcie trzy godziny przed imprezą? - prycha.
-Znasz ją… - wzdycham. - Potrzebuje mnie. - uśmiecham się. -Tak jak ty. - stukam ją palcem po nosie w wyniku czego śmiesznie go marszczy.
-Tak, tak… - wstaje. - Niech nie zapomina, że to ja jestem twoją bliźniaczką. - mówi dumna, swoim teatralnym głosem.
-O to bym się nie martwiła. Ty jej nigdy nie dasz tego zapomnieć.
-Oczywiście, że nie. - wzrusza ramionami, opuszczając mój pokój.
Gdybyś tylko wiedziała jak dużo chciałabym ci powiedzieć…


Portia wygląda jak gwiazda filmowa na premierze swojego najnowszego filmu. Było to do przewidzenia, zważywszy, że to w końcu JEJ impreza urodzinowa. Byłoby wręcz dziwnie, gdyby nie wyróżniała się w tym dniu najbardziej. Ale kolejny rok z rzędu nas nie zawiodła i każdy z gości doskonale zdaje sobie sprawę do kogo przyszedł.
Myślę że nawet jakby nie wiedział kim jest nasza solenizantka, to i tak szybko by się zorientował.
Wystarczy na nią popatrzeć.
Elegancka, jednocześnie bardzo seksowna żółta suknia z trenem z najnowszej kolekcji Oscara De La Renty, która kosztowała ją prawie pięć tysięcy dolarów, do tego złote sandały Jimmy’go Choo za osiemset siedemdziesiąt dolarów oraz oczywiście kolczyki pierwszego z projektantów za kolejne pięćset dolarów.
Naturalnie nie wiem tego, ponieważ gdzieś to wyczytałam albo jestem na topie w światowych trendach mody, tylko po prostu niejednokrotnie machała mi przed nosem paragonem, ekscytując się, że pobiła rekord, jeśli chodzi o wydanie pieniędzy na urodzinowy outfit.
Cóż, urodziny urodzinami, ale nie sądzę, żeby to faktycznie był jej rekord.
W każdym razie ja i Savannah nie zaszalałyśmy aż tak bardzo.
W końcu to nie nasza okazja.
Obie ubrałyśmy suknie w odcieniach złota, tak, jak prosiła nas Portia.
Ten jeden dzień w roku mogę być jej posłuszna. Nie chciałabym, żeby zrobiło jej się przykro, a skoro moja przyjaciółka posiada tego typu fantazje, w ostateczności mogę je spełnić.
Goście zaczynają się zbierać coraz intensywniej, lecz nasza trójka wciąż pozostaje w pokoju (a raczej królestwie) Portii.
Jej apartament jest dwupoziomowy i tak olbrzymi, że sądzę, iż sama Melania Trump chętnie pokwapiłby się do urządzenia wystawnej uroczystości w tym właśnie miejscu.
Kiedy wszyscy niecierpliwią się na dole, my w tym czasie pozwalamy sobie na trzeci już kieliszek Chardonnay.
Ze świeżymi truskawkami w środku oczywiście.
Portia zawsze każe na siebie czekać.
I jak na prawdziwą gwiazdę przystało, nigdy nie wychodzi ostatnia.
Nie mówię, że mnie to nie irytuje, bo irytuje bardzo, ale przez te wszystkie lata zdążyłam się do tego przyzwyczaić i najzwyczajniej w świecie zaakceptować.
-Więc. - odzywa się Savannah. - Kiedy wielkie wyjście?
-Za kilka minut. - odpowiada pogonie Portia.
-Myślałam, że niecierpliwisz się, aż w końcu cię wszyscy zobaczą.
-Cóż… - uśmiecha się w moją stronę. - Ta kreacja wymaga wielkiego wejścia. Poza tym…- wstaje. - Tort przywiozą dopiero o dwunastej.
Patrzę na zegarek, który pokazuje dwudziestą drugą trzydzieści dwie. Siedzę tu już tak długo, że mam wrażenie, że dochodzi poranek.
Zdążyłam dostać cztery sms’y od Aspen’a, a jeden z nich dotyczył zapytania kiedy watacha wilczyc ma zamiar wyjść.
Odpisałam, że wszystko zależy od królowej stada.
Jego reakcją były emotki w postaci pistoletu i skrzywionej minki.
Tak. Ja też się tak czuję.
-Czemu twoich rodziców tu nie ma? - pytam, biorąc kolejny łyk szampana. Wpatruję się właśnie na jedną z fotografii, na której widać Portię i państwa Rossdale w oficjalnej sesji zdjęciowej.
Wiecie, takiej na jasnym tle, z fotelem i przyklejonymi sztucznymi uśmiechami.
Bardzo lubię rodziców Portii, a oni uwielbiają mnie, jednak nie do końca jestem za ich sposobem wychowania dzieci.
Praktycznie odkąd pamiętam rzadko bywali w domu, a jeśli już bywali, to nie poświęcali mojej przyjaciółce zbyt dużo czasu.
W zamian za to od zawsze obsypywali ją masą prezentów i wydawało się, że Portii pasuje ten układ.
Ale z czasem zaczęłam widzieć smutek na jej twarzy, kiedy ojciec informował ją o kolejnym wyjeździe wyjaśniając, że znów zostanie sama.
Wydawało się, że prezenty nie są już dla Portii autorytetem i zaczęła potrzebować swego rodzaju wsparcia i miłości, którą może zagwarantować rodzina.
-Oh, znasz ich. - zbywa mnie uśmiechem, ale wiem, że to tylko taka gra. - Wyjechali na tydzień do El Paso. Tatuś ma tam do załatwienia kilka spraw.
-Ile leci się do El Paso? Dwie godziny? To nie tak daleko. - wtrąca się Savannah. Portia prycha na jej słowa.
-Skarbie... Nie mówimy o El Paso w Texasie tylko o El Paso na Wyspach Kanaryjskich. Więc nie. Nie leci się tam dwie godziny.
-Oh. - wzdycha.
Biedna. Jak zwykle chciała dobrze, a wyszło jak zwykle.
-Myślę, że już czas. - komunikuje Rossdale, a ja nie skłamię jeśli powiem, że czekałam na te słowa od dobrych czterech godzin.
W końcu schodzimy po ciemnych, granitowych schodach w rytm muzyki klasycznej, granej na żywo przez jedną z nowojorskich orkiestry symfonicznych.
Można usłyszeć gromkie brawa na widok olśniewającej Portii i chyba cieszy ją fakt, że jest tak adorowana.
-Chciałam powitać wszystkich na dzisiejszej uroczystości moich dwudziestych trzecich urodzin. Wszyscy wyglądacie fantastycznie, ale chyba wiemy kto z nas jest najbardziej bajeczny. - mówi, na co tłum zaczyna się śmiać.
Myślą, że żartuje.
Jesteście w błędzie moi drodzy.
Ona nie żartuje.
-Częstujcie się jedzeniem i wybornym Chardonnay. I pamiętajcie. Haniebny dobrobyt jest dla klasy robotniczej, a oni nie są na liście gości. - uśmiecha się na koniec promiennie wygłaszając swoje życiowe motto, po czym dostaje lawinę oklasków.
Najgorsze za nami.
Teraz czas odetchnąć. 
-Miałaś rację. Wyglądasz absolutnie bajecznie. - wypowiada Lucas, który podchodzi do nas praktycznie od razu wraz z Aspen’em i Ace’m.
Wydaję mi się że właśnie ta trójka niecierpliwiła się najbardziej.
A może i nie?
-Oh, cóż za dżentelmen. Ty również prezentujesz się oszałamiająco. - wita się z nim dwoma buziakami w policzek jak zawsze mają w zwyczaju. Tak samo wita się z Ace’m, natomiast Aspen’owi podaje jedynie rękę, układając ją tak, żeby ją pocałował. On jednak tylko ją ściska.
Śmieszy mnie ten widok.
-Więc jaki jest nasz pierwszy krok na tej wspaniałej imprezie? - Ace częstuje Portie szerokim uśmiechem, na co ta odpowiada mu tym samym.
-Ja proponuję wznieść toast. - odzywa się ponownie Lucas. - Za najbardziej pokręconą, bogatą zdzirę jaką znam. 
W końcu zaczyna mówić swoim językiem.
-O tak skarbie! - uśmiecha się Portia.
Wszyscy stukami się kieliszkami i decyduję, że to mój ostatni przynajmniej na kolejną godzinę.
Chardonnay na poważnie zaczyna mi szumieć w głowie.
-Zdajesz sobie sprawę jak absurdalne są teraźniejsze okoliczności? - rzuca Aspen, kiedy reszta ekipy nas opuszcza.
-Wiem. - wzdycham, obejmując go za szyję. - Ale wytrzymasz. Dla mnie? - uśmiecham się słodko i w stu procentach wiem, że go tym kupuję.
-Dla ciebie. Tak.
Całuję go w usta, zakładając na twarz moją fałszywą maskę, którą znają tutaj wszyscy.
Bo nieobecny jest ten, który zna tę prawdziwą.

Prawdziwą twarz.

******************************************

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz